Tryptyk z worków foliowych

Śmieci.

Hasie.

Śmietnik.

Hasiok.

Uczę go tych słów, a on dopytuje, czy „haziel” to też. Nie, to nie. W jego języku to „rubujo”. Melodyjnie.

Jeszcze raz – „hasie”, „hasiok”. Powtarza za mną.

Zgubiłam klucz do śmietnika na osiedlu. Teraz to już śmietniki są zamykane, bo za dużo obcych ludzi tam chodziło wyrzucać, spać lub odzyskiwać worki, za dużo, i potem mieszkańcy bloków przy ulicy N-tej numer X (niepotrzebnie anonimizuję, przecież to miejsce nie istnieje) czuli się zagrożeni. Przestraszeni się nawet czuli, bo szli rano, prawdopodobnie przed pracą, przy okazji paląc papierosa (więc jedna ręka nieobecna), wyrzucić poranne śmieci, biologiczne (kłamię teraz, nikt wtedy jeszcze nie dzielił śmieci na kategorie, ale dla urozmaicenia przecież można tak założyć), a tu jakaś zmora przed nimi wyrastała, leżała bardziej przed nimi, na kartonach, pod kartonami, w swoim własnym moczu. I oni bez tych dwóch wolnych rąk, które mogą się szybko uaktywnić i dłonie zamienić w pięści, czuli się bezbronni. A przed czymś bronić się musieli, więc bali się. Bali się aż do zgłoszenia tego na administrację, aż do zainstalowania drzwi i zamka, aż do szpiku kości.

Moje śmieci są potulne i nie sprawiają zagrożenia. To zaledwie jeden worek wypchany pudełkami po ciastkach, biletami, ścinkami po kolażach, zużytymi chusteczkami i wacikami, doklejanymi rzęsami, które teraz wyglądają jak martwe nóżki pająków, połamanymi pilnikami, saszetkami po herbacie, kopertami w różnych odcieniach, na których widnieje mój adres, czytelny, bo nie wierzę w historie o okradaniu z nieznaczącej tożsamości. Ale spokojnie, to listy z banków, brudno-kartonowe koperty z prenumerat magazynów pretensjonalnych, wyziewy urzędów, awizo, nic osobistego. Zdarzy się też skórka banana, ale to ostateczność, bo po paru dniach zamienia się w niezidentyfikowaną stęchliznę, coś na poziomie zgniłych jajek ukrytych w klimatyzacji czy zamurowanych w ścianie przez złośliwych budowlańców – zapach rozkładu towarzyszy całemu pokojowi.

Moje śmieci są potulne, bo wszystkie wyrzucone w nie słowa (najczęściej na białych kartkach ksero, zapisane niewyraźnie i pospiesznie kursywą, zaplanowaną tak, aby była nieczytelna), są najczęściej przekreślone lub starannie podarte, aby każde słowo było najwyżej tylko sylabą, bez możliwości złożenia go raz jeszcze. Takie niesentymentalne zachowanie mogę wytłumaczyć tylko wstydem, który czuję, gdy odczytuję powtórnie te słowa, po jakimś czasie, tuż przed wyrzuceniem, pozbyciem się ich ostatecznie. Zastanawiam się wtedy, czemu znowu o tym i o nim, czemu znowu o niej i w taki sam sposób, co to w ogóle za osoba, już zapomniałam. Czemu tak banalnie, czemu tak, czemu nie, czemu z polotem i bez polotu, wylotu jakiegokolwiek poza.

Wszystko więc, prędzej czy później, trafi do kosza.

 

Śmieci.

Hasie.

Śmietnik.

Hasiok.

Pierwszymi śmieciami, które uratowałam, były dwie książki w grubej oprawie, traktujące o fotografii. Jedna z nich była podręcznikiem ze wskazówkami: jak łapać perspektywę, jaki obiektyw i w jakiej sytuacji, jak mądrze i bez błędów, jaki film i jaki model. Druga natomiast okazała się zbiorem zdjęć z „Gazety Wyborczej” ze słowami Ernesta Skalskiego na początku: „Przemija postać świata i odnosi się wrażenie, że dzieje się to coraz szybciej”, a w niej człowiek według Millera (podobno pan Krzysztof został skremowany w swojej najulubieńszej koszuli z piktogramem zakazu fotografowania), Zienkiewicza czy Sosnowskiego. Tom drugi, rok 1998 (czemu to sprawdzam? I tak to nieprawda).

Książki leżały w kartonowym pudełku na poboczu, w miejscu, w którym nie było żadnego śmietnika ani kontenera, gdzie nie było zupełnie nic, oprócz kilku drzew. Na rozstaju dróg. Żaden samochód tutaj zwykle nie zatrzymuje się dłużej, niż na upewnienie się, że nic nie jedzie ani z prawa, ani z lewa. Kiedy nic nie jedzie, odjeżdża pośpiesznie, czym prędzej.

Te śmieci były potulne i nie sprawiały zagrożenia. Wystarczyło je podnieść, otrzepać z ziemi i liści, wziąć ze sobą i postawić na półce, by stały się znów pełnowartościowymi książkami, elementem dekoracyjnym lub edukacyjnym, jak kto chce i jak woli (wolna wola), ale elementem istniejącym. Tyle, żeby zastanowić się, czy to nie za dużo, czy to w ogóle poważne, żeby brać za darmo, żeby podnosić z ziemi. I myślę sobie, że ten kawał o upadku babci i podnoszeniu z ziemi, ten stary żenujący dowcip z serii tych drukowanych na ostatniej stronie „Angory”, dalej jest w nas aktualizowany, jeśli już nie jako żart, to jako (samozwańczy) morał.

Potem było sześć litrów soku bananowego, postawionego przy osiedlowej śmietnikowej altance. Pasteryzowany, napakowany konserwantami do takiego stopnia, że miesiąc po terminie smakował jak świeży, mógłby stać tak dwa lata.

Wraz ze świętami wielkanocnymi kontenery napełniły się kolejno: naczyniami (zastawa niekompletna koloru biało-granatowego), dwoma portretami Maryi-Zawsze-Dziewicy (obie w ramce, jedna plastikowa, w kolorze złota, z lampkami na koronie, które oczywiście mogły rozbłysnąć w razie chęci lub potrzeby), trzema pozawijanymi dokładnie w folię aluminiową ciastami (sernik, ciasto z kremem, mazurek), dwiema paczkami makaronu (firma Lubella), paczką ryżu białego w torebkach (firma Sonko), kilkoma kilogramami odmrażającego się mięsa (karczek, pierś, udka), stosem książek w twardej oprawie (między innymi podręcznik akademicki do pedagogiki), sześcioma kilogramami buraków, trzema woreczkami warzyw (marchewka, pietruszka, seler).

 

Śmieci.

Hasie.

Śmietnik.

Hasiok.

Jest już wieczór, kiedy zauważamy się nawzajem. Uśmiechamy się, najpierw ona, potem ja, bo warto pozytywnie się nastawić, nastroić się wspólnie na tę samą tonację. A potem to słowa już same padają, wskakują jak w scenariuszu, każda zna swoją rolę. Zaczyna ona: „O, ale schudłaś”. Muszę odpowiedzieć to samo, że ona też schudła i to bardzo (to akurat dodaję od siebie). Tak jest w kodeksie starych znajomości. W ciągu dziesięciu lat niewidzenia i niedowiadywania się niczego o sobie, ona zaczęła farbować na czarno włosy, wypełniła sobie usta i wyjeżdża za jakiś czas („chyba” – dodała asekuracyjnie) na stałe. Ja natomiast w ciągu dziesięciu pierwszych minut wypełniam sobie kufel i słucham jej, zdzierając etykietkę z pustej butelki. Zerkam co jakiś czas na jej skórzaną ramoneskę koloru butelkowego. Zastanawiam się, gdzie zaczyna się szmata z Bangladeszu, a kończy materiałowe bogactwo z Mediolanu. Śmiecę, coraz bardziej nerwowo, skrawkami etykiety Fortuny z nowym designem, aż w końcu kelner z politowaniem po mnie sprząta.

Ona mówi szybko i dużo. Wymienia imiona, które kiedyś już słyszałam, buduje całą narrację, że on nagle z nią, a potem z inną, po roku wrócił, ale już nie pozwoliła, to teraz jeszcze z inniejszą, kolejną i kolejniejszą.

Tworzy całe równoległe światy. W tych czasoprzestrzeniach ludzie ze wspomnień kreują się na bohaterów melodramatów, bo dojrzeli, już nie mają trzynastu lat i nie ufają swoim hormonom, a jednocześnie wpadają w kolejną sieć intryg i dwuznaczności. Kręcą się wokół siebie, jakby w tej symulacji graczami byli tylko oni (ale przecież i tak nie istnieją). Śmiecę potakiwaniami, które na dobrą sprawę nie są jej zupełnie potrzebne, bo sama drąży swoje anegdotki, rozwarstwia opowieść, żeby na kilka minut zgubić się i zaraz nadrobić, upić łyk alkoholu i wrócić na tę samą ścieżkę.

Kiedy słyszy, co studiuję, zaczyna używać feminatywów, sama to zapowiada: „No to teraz będę musiała się pilnować, tak?”.„Nie musisz”, myślę sobie, że już i tak chuj, bo jestem kowbojką z miasta, jedną z ostatnich[1], a ona wrzuca naukowczynię (nie chciałaby być) i pedagożkę (chciałaby być). Po chwili zapomina o tym i zapycha rozmowę panią profesor (której nie lubi) i panią chirurg (której się boi). Odpadki.

Moje słowa są potulne i nie sprawiają zagrożenia. Są też opływowe, prześlizgują się nieznacznie przez jej monolog. Tak tylko, żeby dać znać, że dalej jestem, słucham, czuj, czuj, czuwam na ten znak zapytania na końcu.

Czy istnieje recykling słów? Między prawdą moją a jej pozostaje cała przestrzeń do przetwarzania wciąż i wciąż tych samych zdań. Spójrzmy na przykładowy dialog:

ONA: No, byłam z nim parę miesięcy.

JA: To dużo?

ONA: No dużo, jeszcze jak.

JA: A, to dużo, to dużo.

ONA: No, on był toksyczny, mówię ci. Ego, to raz. Ciągłe wkurwienie, to dwa. Kurwa, miesiące na zmarnowanie.

JA: Rzeczywiście słabo.

ONA: Parę miesięcy z typem i takie kwiatki wychodzą, niby tego kwiatu to pół światu, ale co zrobisz, jak już wpadniesz?

JA: Pojebany jakiś.

Jak można łatwo zauważyć, ów dialog dałoby się skompresować do mniejszych rozmiarów, do kilkunastu sekund, niekoniecznie minut, do megabajtów, nie gigabajtów, oczyść system z niepotrzebnych aplikacji. Słowa użyte raz wracają, by przydać się już pod nową formą, jednak nie zmieniają swojego sensu, są starą makulaturą zbieraną na papier toaletowy. Synonimami pierwszej pomocy. Tonący słów się chwyta. Wszystko śmieci, odpadki zmieszane.

Uczę go tych słów. Jeszcze raz – „hasie”, „hasiok”. Powtarza za mną.

[1]Wers z piosenki dziki zachód zespołu NANGA.


Alicja Widera – jeszcze nigdy nie wygrała żadnego konkursu, ani nie dostała nagrody (oprócz festynu parafialnego; szczęśliwy numerek: 2; wygrana: kalkulator), nigdy też nie pracowała na umowę o pracę, za to uczestniczyła w jakimś antyrządowym proteście w Belgradzie i całkiem jej się to podobało