masculine/feminine

Wyrywa się ze mnie poskręcana przepuklina kłączastych norm płciowych, o bardzo ciernistych brzegach. Z gruczołów łzowych wylewam różową żółć, major gender depression. Rozrywam układy krwionośne limfatyczne nerwowe. Chcę XY, nie XX. XY, nie Xanax. Chcę mieć w kartotece przestępczej F64.0, nie F33.0. Jako obyczajowy kryminalista mam za to poetycki brud, twórcze wkurwienie, bordowy sweter z wełny (lumpeks, dział męski), dreszcz podniecenia, gdy przeczesuję dłonią krótkie włosy i drażniący pyłek w oku o przykrej nazwie „pani anita głowacka, płeć: k”.

Zażenowanie / dyskomfort / skrępowanie / udręka / upokorzenie / konsternacja / niedopasowanie / obcość / błąd / uwieranie / sprzeczność / różnica / antagonizm / tego nie da się opisać prostymi słowami, a wpisując: wstyd synonimy w wyszukiwarkę Google, odkrywam, że nie istnieje leksem opisujący to, co czuję, gdy myślę o swojej fizycznej formie. Kiedy nie wchodzi w grę ucieczka w język, język zamienia się w nowotwór złośliwy w ostatnim stadium. Mój bunt to autodestrukcja, a moja depresja to choroba autoimmunologiczna. Ciało mnie sabotuje.

Jestem menstruacją, moje imię to stówa w biodrach, miseczka stanika mieszcząca się w dłoni, sto siedemdziesiąt dwa centymetry pastelowego mięsa o falistych brzegach, para jajników i wagina. Opozycja natura-kultura, kobieca materia, męski duch. Szkoda, że nie skończyło się na metaforze. Płacz na kafelkach łazienki, krew w wannie, PTSM, post traumatic stress makeup. Wracam na scenę.

Nic jednak nie poradzę na to, że czyste płótno mojego dziecięcego umysłu wypełniało się koślawymi kleksami końcówki fleksyjnej -em. Bo ja się bawiłem, nie bawiłam, i nigdy przez całe swoje świadome życie nie użyłem formy żeńskiej, gdy jestem sam na sam, nie sam kontra ludzie, bo ludzi się boję. Może stąd moja alienacja – za przyjaciela wystarczała mi ta obca osoba w lustrze, w której rysach nigdy nie zobaczyłem swojego odbicia. 

Co kilka miesięcy wraca płacz na kafelkach w łazience, pornograficzna wizja wycinania sobie płatów mięsa z obfitych bioder, sacrum profanum. Artefakty kobiecości piękne poza moim ciałem, w moim ciele są odrzuconym przeszczepem, ciałem obcym w przebitym boku, połkniętym szkłem. Zatrzymaniem krążenia, wylewem wewnętrznym, pękniętym tętniakiem jednocześnie. To uwierająca angora na gołym ciele, przecięte kartką papieru palce dłoni, podwinięta rzęsa, ból karku po całodniowej pracy, ukąszenie komarzycy, nieodcięta metka. To dyskomfort odczuwany nieustannie, dyskomfort bez granic, który nie zabija, ale sprawia, że chcesz się zabić.

Odzyskuję podmiotowość poprzez transgresję, biorę to, co kobiece, a społecznie uznawane za niekobiece, i to, co męskie, a jest mi zabronione. To antypłciowa krucjata przeciwko mojemu ciału. To absolutna adoracja kobiecości poza kobiecością i męskości poza męskością. To środkowy palec dla binarnych podziałów, dzięki którym łatwiej wam zasypiać w nocy. Tylko jeżeli świat jest dla was tak czarno-biały, dlaczego zabraniacie mi dwukolorowości własnej tożsamości?

Bądźcie sobie czarno-biali, ja jestem różowo-niebieski.

Chcę euforii, nie dysforii płciowej.

 

Anita Głowacka (on/jego)

Redaktor sekcji „Maruderzy”

Szef sekcji korekty

Studiuje filologię polską oraz twórcze pisanie i marketing wydawniczy. Swoją przyszłość planuje związać z interdyscyplinarnymi badaniami na pograniczu literaturoznawstwa i socjologii (głównie gender studies, queer studies i feminizmu socjalnego intersekcjonalnego). Pisze głównie publicystykę i poezję, a jego siłą napędową jest gniew i niezgoda na brak empatii. Do jego autorytetów należą pisarki Patti Smith i Susan Sontag, filozof Emil Cioran, drag queen Sasha Velour oraz wszystkie zapomniane przez świat anonimowe naukowczynie.